Szlaban. Po obu stronach drogi – dwie budki. Uzbrojeni strażnicy. A przed nimi – kolejka wozów. Tak wyglądał niegdyś wjazd do Lwowa od północy – Rogatka Żółkiewska.
Ulica Bohdana Chmielnickiego nazywała się kiedyś Żółkiewską i kończyła się właśnie tą rogatką celną, przy skrzyżowaniu z dzisiejszą Wołyńską. Pobierano tu opłatę od wszystkiego, co wwożono do miasta: warzyw, drobiu, ryb, bydła, nabiału, jaj, owoców. I najważniejsze – zboża. Tu miasto spotykało się ze wsią. To, co wyrosło wokół Lwowa, wchodziło tu do miejskiego handlu: towar trzeba było przewieźć, zarejestrować i opłacić.
Zboże jechało dalej, na Plac Zbożowy, tam gdzie dziś stoi hotel „Lwów”. A stamtąd – do młynów. Jednym z najważniejszych na Podzamczu był parowy młyn Axelbradów. Stoimy obok niego.
Założył go pod koniec XIX wieku żydowski przedsiębiorca Dawid Axelbrad. Pierwsze budynki wzniesiono w 1893 roku. Firma nazywała się „Parowy młyn Dawida Axelbrada i syna”. Synem był Herman – drugi i ostatni właściciel młyna. Już w 1907 roku ojciec i syn byli wspólnikami w firmie „Nowy lwowski młyn parowy”. W okresie międzywojennym działała ona pod nazwiskiem Hermana.
Młyn stale modernizowano. W 1905 roku przebudował go architekt Artur Schleyen, a na początku lat dwudziestych przeprowadzono rekonstrukcję i rozbudowę. Od kamieni młyńskich do elektryczności – w ciągu kilku dziesięcioleci. Najpierw ziarno mielono kamieniami. Potem pojawiły się walcowe mlewniki. Wszystko napędzała maszyna parowa, a w latach trzydziestych zastąpił ją silnik elektryczny. Mielono tu już nie tylko pszenicę i żyto, ale też owies i jęczmień.
Wraz z nadejściem władzy radzieckiej młyn znacjonalizowano. Pod okupacją niemiecką nadal wytwarzał mąkę. A jego właściciele – Herman i Berta Axelbradowie – zginęli w Holokauście. Za zakładem przemysłowym znów stoi konkretna rodzina.
Po wojnie zbudowano tu praktycznie nowy zakład młynarski. Uruchomiono go w styczniu 1951 roku i przerabiał 150 ton zboża na dobę. Dziś to Lwowski Kombinat Produktów Zbożowych, a jego mąkę sprzedaje się pod marką „Szczedryk”.
Ale wróćmy na początek XX wieku. Obok młyna były tylko magazyny i hurtownia mąki. Stąd mąka trafiała do piekarni, a potem – na targi, do sklepów, kawiarni i lwowskich domów. Może właśnie z mąki Axelbradów wypiekano słynny chlib kulikowski w piekarni Natana Schwarza przy Źródlanej – żytni chleb z dwóch złączonych bochenków, z chrupiącą skórką i czarnuszką, nazwany od miasteczka Kulików pod Lwowem. Dokumentu, który by to potwierdzał, nie ma. Ale łańcuch był właśnie taki. Żydowskie rodziny piekły z mąki chałę, a na Pesach macę. Mąkę na macę paschalną chroniono przed wilgocią, by ciasto nie zaczęło fermentować.
I jeszcze jeden wątek. Obok kombinatu jest niewielka ulica Karaimska. Karaimi to rdzenny naród Ukrainy. Ich wiara uznaje Torę, ale nie uznaje Talmudu. W Haliczu od dawna mieszkała gmina karaimska i działa tam dziś muzeum historii i kultury karaimskiej. A tradycja przygotowywania et ajaklak – karaimskiego pierożka z baraniną w kształcie półksiężyca – została wpisana na Krajową Listę Niematerialnego Dziedzictwa Kulturowego Ukrainy. Chrupiące ciasto, siekana baranina, a przez dwa małe otwory u góry wlewa się do pierożka rosół z baraniny.
Zboże z okolicznych wsi. Rogatka celna. Targowisko. Młyn żydowskiego przedsiębiorcy. Piekarnia. I chleb na stole człowieka z zupełnie innej społeczności. Tak działał Lwów – od pola do stołu.