Rok 1894. Lwów, Powszechna Wystawa Krajowa. Wśród pawilonów wznosi się gigantyczna karafka. To nie rzeźba. To reklama fabryki wódek – najciekawszy i najchętniej odwiedzany pawilon wystawy.
Fabryka stała tutaj, przy dawnej drodze żółkiewskiej. A jej historia zaczęła się już w 1782 roku – i nie we Lwowie. Tę datę, 1782, wciąż widać na budynku dawnego kantoru firmy. Żydowski kupiec Lejb Baczeles otworzył wtedy niewielką gorzelnię w Wybranówce koło Bóbrki. Jego syn, Leopold Maksymilian, przeniósł interes bliżej Lwowa, na Znesienie. W 1810 roku przedsiębiorstwo otrzymało status uprzywilejowanej fabryki krajowej.
Rodzina uczestniczyła też w życiu gminy żydowskiej. Majer Baczeles był jednym z administratorów komitetu budowy postępowej synagogi Tempel. Ale z czasem rodzina przyjęła chrześcijaństwo, a nazwisko Baczeles stało się polskim nazwiskiem Baczewski. To też część żydowskiej historii Lwowa: historia asymilacji.
Baczewscy postawili na jakość. Już na początku lat trzydziestych XIX wieku zaczął tu działać system podwójnej rektyfikacji według technologii Irlandczyka Aeneasa Coffeya. Spirytus był czystszy, a trunki łagodniejsze. Wódki, likiery, nalewki, rum, koniak, nastojki. A wśród nich krupnik i znany nam już rosolis.
Za Józefa Adama Baczewskiego, technologa z wykształcenia, fabryka stała się dużym zakładem przemysłowym. Już w 1876 roku otrzymała tytuł c.k. dostawcy dworu, a później Baczewscy kupili pobliski pałac Cieleckich i przystosowali go na potrzeby fabryki. Baczewscy rozumieli też, że dobry produkt trzeba umieć sprzedać. Rozpoznawalne karafki, etykiety, reklama. Trunki eksportowe rozlewano nie do butelek, lecz do kryształowych karafek. Butelka miała pracować na firmę, zanim ktoś ją odkorkował. A w 1926 roku, na Targach Wschodnich, Baczewscy postawili własną wieżę reklamową. Dziś nazwalibyśmy to brandingiem. Wyroby Baczewskich zbierały nagrody na wystawach międzynarodowych – od Wiednia i Amsterdamu po Londyn i Paryż. Na Wystawie Światowej w Paryżu w 1900 roku, jak się pisze, nawet najwyższą.
W 1911 roku Józef Adam zmarł, a fabrykę odziedziczyli jego synowie. W okresie międzywojennym Baczewscy świadomie ograniczali produkcję, by utrzymać cenę i jakość. Mimo to wydajność fabryki sięgała około 336 hektolitrów – do czterech i pół wagonu kolejowego towaru dziennie. A napis „J. A. Baczewski – Lwów” znano daleko poza Polską. Trunki Baczewskich podawano na transatlantykach „Polonia” i „Piłsudski”, a likiery samolotami wożono do Paryża, Wiednia i Pragi. Jednocześnie te butelki stały w lwowskich restauracjach i kawiarniach, na stołach ludzi różnych społeczności. Kilkaset metrów stąd – fabryka Kroników, która robiła koszerne trunki dla gminy żydowskiej. A tutaj – fabryka z żydowskimi korzeniami, która pracowała dla całego miasta i całego świata. Dwie różne historie przy jednej ulicy.
W 1939 roku ta epoka się skończyła. W pierwszych dniach wojny fabrykę zniszczyły niemieckie bomby. Władza radziecka rozebrała ruiny. A w 1940 roku NKWD aresztowało stryjecznych braci Stefana i Adama Baczewskich i zesłało ich do kopalń Donbasu. Obaj tam zginęli.
Fabryka we Lwowie już się nie odrodziła. Ale marka przetrwała wojnę. Odtworzono ją w Wiedniu, z udziałem wiedeńskiej rodziny Gesslerów, a na butelkach do dziś pisze się: „Fondée 1782 – Lwów”. „Założono w 1782 roku. Lwów”.
Napis na starej butelce to więc nie tylko nazwa producenta. To mała historia miasta: żydowskiego kupca z gorzelnią, rodziny, która stała się polska, i produktu, który wyruszył ze Lwowa w świat.