Pieczeń z dzika z kapustą. Siekane płucka. Flaczki. Nóżka cielęca z chrzanem. Takie menu wydrukowała gazeta „Diło” 17 lutego 1901 roku. I było to menu żydowskiej restauracji.
Stoimy przy ulicy Szewskiej 12. Przed wojną nazywała się Trybunalska. Od 1852 roku działała tu restauracja „Pod Trzema Koronami”. Tak nazywano ją jednak chyba tylko na szyldzie. Lwowianie mówili po prostu: „U Naftuli” – od imienia właściciela, żydowskiego przedsiębiorcy Naftalego Tepfera.
Była to demokratyczna restauracja: dobra kuchnia, umiarkowane ceny. Przychodzili tu ludzie bardzo różnej zamożności. Zachowały się nawet ceny z tego menu: flaczki – 12 krajcarów, kiełbaska – pięć, a litr wina – od 40 krajcarów. Stali bywalcy najbardziej chwalili flaczki, kiełbaski, bigos i piwo pilzneńskie.
A teraz wróćmy do samego menu. Dzik to wieprzowina. Kuchnia „U Naftuli” nie była więc koszerna. I to ważny szczegół dla zrozumienia żydowskiego Lwowa. Żydowska restauracja nie musiała oznaczać koszernej. Żydowscy przedsiębiorcy karmili całe miasto, a ich lokale stawały się częścią wspólnej lwowskiej kuchni.
W 1901 roku Naftali zmarł, a restaurację odziedziczył jego syn – Szymon-Michał Tepfer. Człowiek niezwykły. Z wykształcenia prawnik, a do tego malarz amator, kompozytor, pamiętnikarz, kolekcjoner i mecenas. Wspierał młodych artystów. Przyjaźnił się z Iwanem Truszem i nawet proponował mu pieniądze na studia w Monachium.
Restaurację ojca Michał zamienił w miejsce kultury. Na jego zamówienie malarze Roman Bratkowski i Mieczysław Piotrowski ozdobili ściany sal widokami Lwowa. A na piętrze był osobny pokój, w którym artyści spierali się o nowe przedstawienie, koncert czy książkę.
Według wspomnień ubodzy malarze płacili czasem Tepferowi własnymi pracami. Część swojej kolekcji podarował on później nowo utworzonej miejskiej galerii obrazów. Ta restauracja karmiła więc nie tylko gości. Wspierała też sztukę.
I przyszła tu nowa publiczność: malarze, muzycy, dziennikarze, polscy i ukraińscy pisarze. Jan Kasprowicz, Stanisław Przybyszewski, Wasyl Stefanyk, Łeś Martowycz.
Bywał tu także Iwan Franko. Według wspomnień to właśnie tu gościł młodego uczonego z Naddnieprza, Serhija Jefremowa, i powiedział: „Naftula ma dobry miód. Spróbujemy – rozmowa będzie weselsza”. Czy rozmowa rzeczywiście stała się weselsza, możemy się tylko domyślać.
Jest też inna historia: jakoby Franko świętował tu swoje wesele. Ale Franko brał ślub w Kijowie, a dokumentów łączących jego wesele z tą restauracją nie ma. To więc tylko legenda, która przylgnęła do popularnego lokalu.
A oto historia odwrotna. Bohdan Łepki, według wspomnień, sam do Naftuli nie chodził. Tę „przyjemność” zostawiał przyjaciołom – Stefanykowi i Martowyczowi. Łepki wolał wino i likiery od piwa. Każdy pisarz miał swoją knajpę, a razem składały się one na całą mapę lwowskiej bohemy.
Kres tej historii położyła pierwsza wojna światowa. Podczas rosyjskiej okupacji Lwowa Michała Tepfera deportowano do Rosji. Do Lwowa już nie wrócił: w 1918 roku przeniósł się do Poznania. A restauracja z czasem zniknęła.
Niewiele z niej dziś zostało. Ale budynek stoi. Spróbujmy więc wyobrazić go sobie inaczej. Pachnie gorącymi flaczkami. Na stołach – wino i piwo. Ktoś przegląda gazetę. Przy sąsiednim stoliku spierają się o wczorajsze przedstawienie. A gdzieś w kącie Franko nalewa Jefremowowi miodu.
Ten budynek przypomina, jaki był dawny Lwów: żydowski przedsiębiorca otwiera lokal, a miasto czyni go swoim. Nawet nazwę Lwów wybrał sam. Nie „Pod Trzema Koronami”, lecz po prostu – „U Naftuli”.