„Atlas”: knajpa, w której Lwów smakował i się spierał

Stoimy na Rynku, przy kamienicy numer 45. Nazwę „Atlas” zna tu każdy lwowianin. Ale mało kto pamięta, że kryje się za nią nazwisko konkretnego człowieka.

Mojżesz Lejb Atlas – żydowski przedsiębiorca, który handlował alkoholem. Początek jego interesu tradycyjnie datuje się na 1871 rok. Najpierw sprzedawano tu trunki. Później pojawiły się restauracja i kawiarnia. I stopniowo lokal stał się jednym z najbardziej znanych we Lwowie.

Ale największą sławę przyniósł mu inny człowiek – zięć Atlasa, Edward Tarlerski. Lwów znał go po prostu jako pana Edzia. To za niego „Atlas” stał się taki, jakim pamięta go miasto: cyganeryjny, trochę chuligański i bardzo lwowski.

Pan Edzio znał się na nalewkach – słodkich trunkach nastawianych na jagodach czy owocach. Według wspomnień stworzył około dwunastu ich rodzajów. Podawano tu własne trunki: „Atlasówkę”, „Śmietankówkę” i „Nemówkę”. Ostatnią nazwano na cześć stałego gościa – poety i satyryka Henryka Zbierzchowskiego, który podpisywał się pseudonimem „Nemo”. Pisarz przychodził tu jako gość, a jego imię trafiało do karty trunków.

Bo w „Atlasie” najważniejsze nie było w kieliszku. Przychodzili tu pisarze, malarze, dziennikarze, aktorzy. Jan Kasprowicz, Marian Hemar, Bruno Schulz, Józef Wittlin. I malarze – Ołeksa Nowakiwski, Kazimierz Sichulski. Zwróćcie uwagę: Hemar, Schulz i Wittlin to pisarze żydowskiego pochodzenia piszący po polsku. Nowakiwski – ukraiński malarz. „Atlas” łączył nie tylko różne zawody, ale też różne języki i społeczności.

Goście zostawiali ślad wprost na ścianach: rysunki, karykatury, napisy, żarty. Malarz mógł siedzieć przy stoliku, rozmawiać z przyjaciółmi, a potem wziąć ołówek i narysować coś prosto na ścianie. Szczególna była sala „Artystyczna”, w której malarze zostawiali swoje prace. A w „Beczkowej” goście siedzieli na prawdziwych beczkach. Historia „Atlasa” zapisana jest nie w menu, lecz na jego ścianach.

Wyobraźcie sobie wieczór. Ktoś spiera się o nową książkę. Ktoś opowiada świeży miejski dowcip. Ktoś rysuje na ścianie. A kelner już niesie następną nalewkę. Dla gości układano nawet żartobliwe menu wierszem, a Zbierzchowski pisał o „Atlasie” humorystyczne teksty.

Oczywiście takie miejsce obrosło legendami. Mówi się, że toaleta była tu płatna, a lwowianie, przepraszając, mówili: „Idę do pana Edzia”. Mówi się też, że Jan Kasprowicz przesiedział tu półtorej doby i zostawił na ścianie rysunek – dość nieprzyzwoity. Dokumentów, które by to potwierdzały, nie ma. Ale czy to takie ważne, który szczegół jest prawdziwy? Właśnie tak miasto zapamiętało „Atlasa” – jako miejsce wolnego, wesołego, trochę skandalicznego życia. „Atlas” pojawia się w literaturze, piosenkach, tekstach humorystycznych. Dla międzywojennego Lwowa jego nazwa stała się częścią miejskiego kodu kulturowego.

Dlaczego ta historia jest ważna dla rozmowy o żydowskim dziedzictwie kulinarnym Lwowa? Bo kuchnie żydowska, polska i ukraińska nie żyły w mieście w osobnych światach. „Atlas” dobrze to pokazuje.

Jego historia zaczyna się od żydowskiego przedsiębiorcy i handlu alkoholem w samym centrum miasta. A kończy się lokalem, do którego przychodzili wszyscy. Przy jednym stole mogli tu siedzieć pisarz, malarz, dziennikarz, kupiec albo po prostu lwowianin. Jedzenie i trunki były tu pretekstem do spotkania. Przychodzono tu porozmawiać, dogadać się, usłyszeć nowinę czy po prostu spędzić wieczór. A sklep z nalewkami stał się przestrzenią kultury, w której kształtowała się pamięć całego miasta. Sprzedawano tu nie tylko trunki i jedzenie. Sprzedawano atmosferę Lwowa, którą pamięta już kilka pokoleń.